10 sierpnia 2013

Opowiadanie: Dziewczyna z Niemodlina

To jest opowiadanie, na które poświęciłam niemal całe dzisiejsze popołudnie. Miałam wenę.



Dziewczyna z Niemodlina

   Za naszych czasów...”- słowa rozpoczynające długie historie z życia moich dziadków. Słyszę je na co dzień i pewnie jako jedna z nielicznych widzę w nich głębszy sens. Rozumiem starszych ludzi, słucham ich i zdaję sobie sprawę co przeżyli. Wojna i ciężkie życie... Dlatego ja dziękuję Bogu za to co mam. Zdrowie, szczęście, rodziców, przyjaciół, jedzenie. Chcę dziękować dając innym kawałek nieba, kawałek tego, co sama posiadam. Przekonałam się jednak, że świat nie jest taki jakiego miałam przed oczyma.
   Był luty. Drzewa i wszelka roślinność pokryta była śniegiem tak gęsto,iż gałęzie uginały się pod jego ciężarem. Na sodalitowym niebie nie było nic prócz Słońca, którego promienie odbijały się od milionów płatków białego puchu. Szłam z zakupami polną dróżką dosyć szybko, bo pomimo ładnej pogody było bardzo zimno. „Już jestem” - oznajmiłam wszystkim wchodząc do domu. Położyłam zakupy. W domu panowała cisza. „Pewnie rodzice nie wrócili jeszcze z pracy” - pomyślałam. Nagle usłyszałam tupanie małych stópek. Nie zdążyłam się nawet odwrócić nim usłyszałam: „Ania!”. Moja czteroletnia siostra, Zosia zbiegła po schodach i rzuciła mi się w ramiona. Jest najukochańszym dzieckiem na świecie. Ma złote, kręcone włosy do ramion i duże, czarne, przepełnione radością oczy. Jest zupełnie inna niż ja. Jest między nami 14 lat różnicy, mimo tego kocham ją najbardziej na świecie.
 - Dzwoniła pani Papugowa, chciała żebyś pomogła jej w kuchni. - poinformowała mnie z powagą.
 - Dobrze, ale nie zostawię cię tu dłużej samej, pójdziesz ze mną.
 - Ale pani Papugowa pewnie znowu mnie nie zauważy.
 - Zosiu – uśmiechnęłam się – starsi ludzie tak już mają, chorują, to wynik ich ciężkiego życia. Dlatego trzeba im pomagać.
  Wzięłam ją na ręce, ubrałam i poszłyśmy do pani Irodyny Papugowej. Mieszka kilka domów dalej. Zawsze chodziłam do niej sprzątać, a ona odkrywała przede mną swoje sekrety kulinarne. W ostatnim czasie nie bywa z nią dobrze. Często choruje, pogarsza jej się wzrok, a kiedy i pamięć zaczęła ją zawodzić postanowiła spisać swoje przepisy w dużym zeszycie, z którego mam się teraz uczyć. Jest miłą babunią, ale nie boi się śmiało mówić o wszystkim szczerze i otwarcie, a czasem mogłaby ugryźć się w język. Nie jest jedyną osobą, której pomagam. Jest jeszcze pani Jarząbek, której pomagam w zakupach i pan Joachim, który czasem prosi mnie o pomoc przy krowach z gospodarstwa.
   Moje koleżanki ze szkoły pytają mnie po co to robię i kiedy znajdyję dla wszystkich czas. Ja odpowiadam: „Wy macie czas,żeby iść ze swoimi chłopakami do kina, na imprezy. Macie czas, by robić sobie codziennie pełny makijaż. W tym czasie ja idę pomóc innym lub po prostu ich odwiedzić. A czemu to robię? Bo lubię i mam z tego satysfakcję.” Większość osób nie potrafi mnie zrozumieć, dlatego nie mam zbyt wielu znajomych. Dziewczyny z klasy naśmiewają się z mojego zachowania i ze mnie, bo są zwyczajnie zazdrosne. Nie jestem brzydka, a nawet nie przeciętna. Urodę mam raczej po mamie, lecz granatowe oczy po ojcu. Kilku moich kolegów chce być ze mną, ale mi nie jest śpieszno do związku. Mam za to przyjaciela, którego naprawdę sobie cenię.
Dotarłyśmy do drzwi pani Papugowej. Zapukałam. Chwilę później w drzwiach ukazała się niska,krępa postać trudząca się nad rozpoznaniem gości.
 - Dzień dobry! - przywitałam się.
 - Dzień dobry! Któż mi złożył dziś wizytę? - odrzekła.
 - To ja,Ania. Przyszłam gotować. Przyprowadziłam Zosię.
 - Jaką Dosię...?
 - Zosię,moją siostrę,pamięta Pani?
 - Tak,tak,Zosia... Wchodźcie!
     „Oj,oj coraz gorzej z Panią,Pani Irodynko” - pomyślałam. Przez cały czas pobytu u niej zwracałam uwagę na jej stan zdrowia fizyczny i psychiczny. Zauważyłam jak bardzo się pogorszył w ostatnim miesiącu. Było mi jej naprawdę żal. Ale taka kolej rzeczy... Nic nie można poradzić. Jeśli ktoś ingeruje w sprawy życia i śmierci to jest to jedynie Bóg. Taka jego wola.
   Dzień minął zwyczajnie. Codzienne,spokojne życie pełne miłości do świata i ludzi w zupełności mi wystarczało.
   Pewnego deszczowego, marcowego dnia stanęłam przed trumną z dębowego drzewa. Nigdy wcześniej nie widziałam tylu ludzi. Pomyślałam: „Ciekawe,czy na mój pogrzeb znajomi przyjdą tak licznie”. Był to pogrzeb pani Irodyny Papugowej, która dzień przed śmiercią dała mi swój zeszyt z przepisami i powiedziała: „Nigdy nie wiesz, komu jesteś naprawdę bliska, bo ten kto Cię najbardziej kocha najrzadziej to mówi. A tylko po czynach człowieka poznasz jego intencje. ”. Powiedziała to jakby chciała dać mi wskazówkę właśnie wtedy. Jakby wiedziała,że odejdzie. Te słowa były jej najtajniejszym składnikiem do przepisu na życie.
Był czerwiec. Rok szkolny dobiegał końca. Przypadkiem przechodziłam obok kościoła.    Patrząc na zaśniedziałe ozdoby wieży stałam w bezruchu. Podszedł do mnie młody wikariusz i powiedział:
 - Szczęść Boże!
 - Szczęść Boże! - odpowiedziałam.
 - Nad czym tak rozmyślasz?
 - Nad tym jaki Jezus był i jest silny kiedy patrzy na całe zło świata. Gdyby tego było mało,    my, grzesznicy przebiliśmy naszymi słabościami jego święte ciało i wznieśliśmy je na krzyżu do góry. Stamtąd widzi nas jeszcze lepiej. Dojrzy każde, i te najczystsze, i te najbardziej splamione grzechami serce.

  Ksiądz patrzył na mnie ze zdziwieniem. Po krótkiej chwili rzekł:

 - Jesteś dobrą dziewczyną i bardzo dojrzałą. Postrzegasz świat inaczej niż większość ludzi. Masz czyste i wielkie serce, w którym zdaje się jest pełno miłości.
 - Ja proszę księdza nie chcę udawać. Nie interesuje mnie to, kto jest najmądrzejszy, jakie są przepowiednie końca świata, kto z kim kogo zdradza... Życie jest krótkie, nie ma czasu na udawanie, a wiele osób będąc w kompleksach próbuje się upodobnić do innych.
 - Jesteś naprawdę inna. Mocno wierzysz w Boga?
 - Bóg i wiara to podstawa.
 - Chciałabyś może być zawsze z nim? Możesz mu się poświęcić,oddać się na służbę...
 - Chcę po prostu być człowiekiem, żyć jak inni, nie chcę zamykać się w klasztornych murach na długie godziny, a nawet dni. A Bóg przecież i tak jest zawsze ze mną... Wybaczy ksiądz, muszę już iść.
 - W porządku,z Bogiem.
 - Z Panem Bogiem.

   Ksiądz stał w miejscu jeszcze przez długą chwilę kiedy odchodziłam. Czułam,że dzieje się ze mną coś dziwnego.
  Poszłam po mojego przyjaciela, Kamila. Chcieliśmy się wybrać na poziomki na „doły”. Będąc w połowie drogi,przechodziliśmy obok pasieki. Zatrzymaliśmy się na chwilę i rozmawialiśmy. Kamil chciał, żebym mu zaśpiewała. Więc zaśpiewałam. Potem znów rozmawialiśmy... Wiatr zawiał lekko. Poczułam chłód przechodzący po całym ciele. Ciarki przeszły mnie po plecach. Nagle zrobiło się mgliście,a potem ciemno...
Obudziłam się w domu cioci Karczemki, która mieszkała obok pasiek. Ciocia,młodszy kuzyn i Kamil siedzieli przy łóżku, na którym leżałam.
  - Co się stało? - zapytałam.
  - Nie wiemy, po prostu się przewróciłaś, zemdlałaś. To pewnie z gorąca. Zaraz ci przejdzie. - mówił Kamil.
  - Tak,czuję się już dobrze.
   Wstałam, wypiłam szklankę wody i oznajmiłam, że nic mi nie jest,choć przyznam, że nadal czułam się fatalnie.
   Od tego czasu przez kilka miesięcy kiedy wykonywałam swoje prace lub chodziłam do innych im pomagać czułam się dziwnie. Szybko się męczyłam, a moja skóra była bardzo sucha. Kamil śmiał się, że jestem nie wyspana, bo robię wytrzeszcz,a oczy mi łzawią. Nie czułam tego.
   Bawiłam się raz z małą Zosią w jej pokoju. Byłam słaba, obolała i bardzo tym zdziwiona, gdyż pracowałam tyle co zwykle, a nawet mniej.
 - Dlaczego płaczesz? - zapytała mnie Zosia.
 - Nie płaczę. - odpowiedziałam.
 - Płaczesz...
  W tej chwili poczułam kroplę na ręce. Poszłam do łazienki i spojrzałam w lustro. Moje włosy wyblakły, byłam całkiem blada, moje oczy były czerwone i łzawiły. Mało czasu spędzałam z rodzicami, ponieważ przeważnie byli oddani swojej pracy, nie mieli czasu, lub wychodzili na ważne spotkania, więc niczego nie zauważyli. Ubrałam się i zaprowadziłam Zosię do pani Jarząbek. Sama poszłam do lekarza. Lekarz stwierdził, że to zapalenie spojówek, przepisał leki i kazał odpoczywać. Nie mogłam zostawić szkoły, siostry, i starych ludzi, którym pomagałam. Brałam leki, lecz było jeszcze gorzej.
  Pewnego niedzielnego poranka usłyszałam głos Zosi:
 - Ania,Ania! Wstawaj! Jest jedenasta!
 - To już tyle godzin... - odrzekłam cicho, ciężko mi się mówiło.
    Czułam ucisk w okolicy tarczycy, kiedy dotknęłam tego miejsca ręką czułam obrzęk i kulki. Szybko wstałam. Jak szybko wstałam tak szybko upadłam na ziemię. Nie mogłam wstać, choć próbowałam. Zosia panikowała, zawołała mamę, dalej nie pamiętam co się działo.
    Kiedy otworzyłam oczy ujrzałam biały jak śnieg sufit. Rozejrzałam się. Byłam w szpitalu. W sali były trzy łóżka, pierwsze było puste, drugie moje, a na trzecim leżał chłopak. Próbowałam zawołać, lecz ból w dolnej części szyi ograniczał mój głos. Chłopak jednak mnie usłyszał i podszedł do mnie. Nachylił się, dzięki czemu mogłam go zobaczyć przez wycieki z oczu. Był mniej więcej w moim wieku, czyli był pewnie po osiemnastce. Stał nade mną i się uśmiechał, a ja nie mogłam wstać.
 - Widzisz mnie? - zapytał w końcu.
 - Tak, ale niedokładnie. - odpowiedziałam cicho.
 - Widzę, że cię nieźle wzięło. Wiesz co ci jest?
 - Nie – mówiłam ze smutkiem – ale wiem, że nie mogę tu długo zostać...
 - Z tego co widzę, to jeszcze dłuuuugo tu poleżysz.
 - Nie mów tak...
 - No co? Widzę, że nie wyglądasz najlepiej, chcę być szczery. Wiedz, że w tym miejscu nikt ci nie będzie mówił prawdy, nikt ci nie powie, co ci jest, szczególnie jeśli to coś poważnego.
 - A tobie co dolega?
 - Nerwobóle, jakieś zapalenie układu limfatycznego i coś z krtanią i tarczycą... dużo tego... ale nadal nie wiem dokładnie.
 - Aha... jak myślisz co mi jest?
 - Nie wiem, ale wygląda to poważnie. Masz opuchliznę między mostkiem a szyją.

   Dotknęłam, poczułam, wystraszyłam się...

 - Nie bój się, pewnie niedługo zejdzie. - pocieszał mnie.
 - Oby...

   Długo leżałam w szpitalu nim doktorzy cokolwiek stwierdzili,a mój stan się pogarszał. Zosia kiedy przyszła z rodzicami mnie odwiedzić powiedziała mi na ucho: „Twoje oczy są całe z krwi i na szyi rośnie ci ufoludek, rodzice mówili coś o twojej chorobie. Usłyszałam, że masz chorobę Gravesa Basedowa, dokładnie zapamiętałam tę nazwę...”.
   Powiedziałam to mojemu szpitalnemu koledze, który był zupełnie inny niż reszta świata. Podchodził do życia podobnie jak ja,lecz prawie całkiem się różniliśmy. Poprosiłam go, by poprzez internet w telefonie podał mi informacje na temat tej choroby. Nie byłam zachwycona. Bałam się, że nie będę już nigdy w pełni zdrowa. Przez 3 tygodnie pobytu w szpitalu nikt prócz mojej rodziny,pani Jarząbek i pana Joachima nie złożył mi wizyty. Żaden z moich przyjaciół. Podobno, kiedy dowiedzieli się jak wyglądam, całkiem ich to obrzydziło i odtrącili mnie na dobre. Gdyby nie Michał ze szpitala, z którym już jestem bardzo blisko, pewnie byłabym całkiem samotna.
   W czwartym tygodniu choroby było już ze mną bardzo źle. Nie umiałam się ruszać, niemal nic nie widziałam, a pod szyją miałam okropną, dużą kulę,jakby wyrosła mi pod skórą. Michał każdego poranka witał mnie słowami: „Cześć piękna”. Mówił, że skorupka i tak kiedyś zgnije, liczy się to co mnie tworzy. Opowiadałam mu o sobie cichym głosem, a on słuchał uważnie. Mówił, że każdego dnia jestem piękniejsza. Wiedziałam, że chodzi tu o stan ducha, o więź, która nas łączyła, o serce, nie o moje półmartwe ciało. 
   W piątym tygodniu byłam już zipiącą roślinką. Przyszła do mnie rodzina i pani Jarząbek. Pani J dziękowała mi za wszystko jakbym już nigdy miała jej nie pomagać. Rodzice mało mówili, nie mogłam ich zobaczyć i po raz pierwszy w życiu usłyszałam ich szczere „Kochamy cię”. Po czym dodali: „Nie zapominaj o nas”. Zosia przyszła do mnie przytuliła i powiedziała radosnym głosem na ucho:
 - Wczoraj prosiłam Bozię, żeby cię nie bolało i dzisiaj lekarz powiedział, że wkrótce nie będziesz już cierpiała, więc chyba mnie Bozia wysłuchała.
 - Bozia może spełnić twoją prośbę na dwa sposoby: wziąć mnie do siebie do aniołków, albo zostawić tutaj, ale jeśli zostawi mnie tutaj będę jeszcze cierpiała. A Bozia raczej chce mnie wziąć do siebie. - tłumaczyłam jej.
  - Nie chce, żeby Bozia cię wzięła, ale jeśli nie będzie cie bolało to niech tak zrobi.
  - Zuch dziewczynka. Będzie dobrze.
 - Jeśli ma cię wziąć, zabierz ze sobą Filipka, tylko ty umiałaś się nim opiekować. -powiedziała Zosia i wręczyła mi swoją ulubioną maskotkę.
 - Obiecuję, że będę się o niego troszczyć. Będę tęsknić Zosiu... - zaczęłam płakać zakrwawionymi łzami.
  - Kocham cię. Tęż będę tęsknić.
   Pani Jarząbek zawołała Zosię. I wszyscy poszli, a ja płakałam, płakałam, płakałam. Michał pocieszał mnie i uspakajał, powiedział, że nie mogę umrzeć, bo on właśnie poznał osobę, której nie chce opuścić aż do śmierci. Zarówno jego życzenie jak i małej Zosi spełniło się. W nocy we śnie usłyszałam męski głos, lecz bardzo wyraźnie, tak jak przed chorobą. Ujrzałam wyciągniętą rękę. Jezus zaprosił mnie do siebie, powiedział: „Pójdź za mną”,a ja poszłam.
   Teraz widzę tłum ludzi i jasną trumnę. Mojego zrozpaczonego ojca i rozmazaną mamę. Siostrę, która wiele jeszcze nie rozumie, ale jako jedyna wie, że tak jest lepiej, że teraz nie cierpię. Widzę Michała, który mimo ciężkiej choroby przyszedł, moje koleżanki, przyjaciół, znajomych, panią Jarząbek i pana Joachima, wikarego i wielu innych ludzi.
Teraz jestem tylko lub aż w ich sercach.

   Teraz widzę moją siostrę jak zdrowo dorasta w Niemodlinie i jednak jest do mnie podobna. A jest piękna, nie bo ma śliczną skorupkę, tylko dla tego, że ma dobre serce.




Podobało się?

;)

1 komentarz: